Bóg istnieje naprawdę

Czytałem ostatnio książkę o nawróconym ateiście. Jeden z czołowych ateistów Anthony Flew. Większość swojego życia był ateistą. Do tematu podchodził bardzo poważnie i uczciwie. Starannie przeprowadzał swoje dowody na nieistniene Boga. Stanowił olbrzymie teoretyczne wsparcie dla ludzi, którzy podobnie jak on nazywają siebie ateistami. Był jednak na tyle uczciwy, że gdy dowody zaprowadziły go na stronę porzucenia ateizmu, pozostał wierny swojej metodzie rozumowania i stwierdził, że Bóg istnieje.

Ludzie ze środowisk ateistycznych się na niego ogromie oburzyli. Okrzyknęli go mianem apostaty, tym samym przyznając, że ateizm jest rodzajem wiary. Poczuli się zdradzeni. Pan Anthony Flew jednak jako podstawową przyją zasadę uczciwości wobec siebie – szedł tam, gdzie prowadziły go dowody. Czytając tę książkę (na pewno wartościową), w pewnym momencie poczułem się lekko niezręcznie. Poczułem się bowiem, jakbym analizował dowody na istnienie powietrza. Po co ja mam sobie udowadniać istnienie powietrza? Po co mam sobie udowadniać istnienie Boga? W pewnym momencie swojego życia zdajemy sobie sprawę, że to są fakty oczywiste i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie zaprzeczał istnieniu boga, życia po śmierci, istot duchowych. To fajnie, że ktoś na drodze logicznego rozumowania dochodzi do wniosku, że Bóg istnieje, ale dla  miliardów ludzi to nie jest żadna niespodzianka.